Erik Jönsson Dahlbergh, Oblężęnie Grudziądza w 1656 r.

Historia prawdziwa
o zatopionych armatach szwedzkich

Zdarzyło się to w na początku XVIII wieku, kiedy panujący w Polsce król, August II Mocny wplątał Polskę w długotrwałą i nieszczęśliwą wojnę ze Szwedami. Wojska szwedzkie zwyciężyły kilkakrotnie armię królewską i zaczęły zalewać ziemie polskie, podobnie jak to było w strasznych dniach „potopu”. Rankiem 12 kwietnia 1703 roku najeźdźcy dotarli do Liwa.

Słońce stało już wysoko na niebie, kiedy regimenty szwedzkie przy huku werbli i dźwiękach piszczałek wkroczyły do Liwa. Zamek położony na kępie wśród bagien i rozlewisk leniwie wijącego się Liwca, nie zdradzał żadnych oznak życia łypiąc na najeźdźców czarnymi ślepiami strzelnic. Do bramy podjechał groblą szwedzki poseł i butnie przemówił do Polaków:
„ W imieniu miłościwie panującego króla Karola XII żądam poddania zamku. Ale wiedzcie, że jeśli łaskę królewską odrzucicie, wszyscy zginiecie!”

W samo południe zagrzmiały działa. Kule zniosły szczyt wieży, zwaliły cały północny narożnik muru i wybiły wielką dziurę w bramie i moście zwodzonym. Na dachach forteczki pojawiły się języki ognia.
– Teraz muszą się poddać — wycedził król przez zęby — a wtedy… . Nie dokończył, tylko jego palce zacisnęły się gwałtownie na rękojeści szpady.
Zamilkło wreszcie polskie działo, ale nikt nie wywieszał białej chorągwi. Jako zwiad do wnętrza zamku przedostał się ostrożnie oddział muszkieterów, ale ich dowódca stanął wkrótce przed królem wyraźnie zmieszany. – Najjaśniejszy panie- wykrztusił — to chyba jakieś czary! W zamku nie ma żywej duszy! Zabitych też nie znalazłem, wszyscy zniknęli jak duchy!
Król nie rzekł na to ani słowa. Rozkazał dokończyć burzenia zamku, a sam na czele armii ruszył na Węgrów, odległy od Liwa o milę. Droga prowadziła przez szeroką, bagnistą doliną Liwca, nad którego wezbranymi wodami przerzucony był długi, drewniany most.

Kiedy Karol z orszakiem przeprawił się przez rzekę, zza pagórka wypełzła ogromna żółtawa chmura, a gwałtowny podmuch podniósł tuman kurzu. Spłoszone konie przysiadały na zadach, zrzucając jeźdźców. Karolowi wicher zerwał z głowy kapelusz, który niesiony podmuchem zniknął kurzawie. Wtem wszystko zagłuszyło przeraźliwe skrzypienie, po czym dał się słyszeć trzask, huk i gwar pomieszanych głosów. Na oczach Karola i jego świty most powoli przechylił się i runął pogrążając w bagnie dwanaście najcięższych dział, które pociągnęły za sobą w bezdenną topiel konie i kanonierów.
Król stał przez dłuższy czas jak skamieniały, po czym zgrzytnął wściekle zębami; -Nie wiedzie mi się dzisiaj ! Ale ja tu jeszcze wrócę- zaśmiał się niespodzianie- poszukać kapelusza! A teraz, panowie — zwrócił się do oficerów- na Węgrów ! Tam sobie pohulamy! Nie minęły trzy pacierze, gdy wieczorne niebo nad miastem rozjaśniła ogromna krwawa łuna. I widać ją było bardzo długo… .

Historia milczy na temat losów załogi zamku liwskiego. Wśród okolicznej ludności krąży jednak opowieść, że obrońcy unieśli głowy z płonącego zamku, wymknąwszy się za mury tajnym wyjściem i zniknęli w gęstwinie nadrzecznych moczarów. Przez bagna przeprowadził ich Tadeusz, miejscowy rybak, który mokradła znał jak własny dom.

Podobno jest w lesie jarnickim kotlina, okryta nisko zwisającymi gałęziami wiekowych dębów, gdzie nie zachodzi żaden zwierz ani człowiek, Tam, na miękkim mchu, leżą pogrążeni w głębokim śnie obrońcy zamku. Czas zaś jakby zapomniał o tym miejscu, bo nie starzeją się i pozostają tacy, jak w pamiętnym dniu szturmu. Obudzi ich kiedyś mały pastuszek, grając na fujarce, gdy król szwedzki powróci po swój kapelusz. Staną wtedy do walki i pomszczą zburzenie zamku, lecz kiedy to się stanie- Bóg jeden wie.

Na Liwskich Mostach, gdzie kiedyś zawalił się most pod ciężarem szwedzkiej artylerii, naukowcy odkryli miejsca, gdzie pod grubą wartwą błota spoczywają duże metalowe przedmioty. Być może są to działa, które zatonęły podczas pomiętnej katastrofy 12 kwietnia 1703 r.?

Muzeum Zbrojownia na Zamku w Liwie jest samorządową instytucją kultury której organizatorem jest Samorząd Województwa Mazowieckiego