1

Turniej Rycerski

 
Ekspozycja


Cennik


Panorama zamku

 

 


LIW CASTLE
HISTORY AND NOWADAYS

Zamek w Liwie (i nie tylko) oczami i soczewkami Michała Kurca

 


www.mazovia.pl



www.wegrowliwiec.pl


Historia powstania herbu DOLIWA

Działo się to w dawnych czasach,  gdy ziemie Podlasia porastały wielkie  bory - siedlisko żubra, tura i niedźwiedzia. Na sąsiednimi Mazowszu  kwitło osadnictwo, gospodarny lud uprawiał pola wydarte puszczy, a książęta wznosili grody obronne, które strzec miały poddanych przed najazdami Rusinów, Jaćwingów i Litwinów. Jednym z nich był gród kasztelański Liw. Jego wysokie, usypane z ziemi wały i drewniane częstokoły górowały nad zieloną doliną Liwca, broniąc dostępu do ziem księstwa mazowieckiego.
Warownia odparła w swojej historii niejedną napaść, jednak w 1254 roku przyszedł najazd Jadźwingów, jakiego najstarsi ludzie nie pamiętali. Wojska jaćwieskie pojawiły się w wielkiej liczbie, prowadząc ze sobą pobratymczych Prusów zwabionych nadzieją bogatego łupu. Z krainy wielkich jezior przyszli puszczańscy Bartowie oraz bitni Galindowie z turzymi rogami na hełmach. Aż z wybrzeża Bałtyku nadciągnęli waleczni Sambijczycy. Mrowie szałasów pokryło łąki wokół grodu. Horyzont zasnuły dymy z okolicznych wiosek palonych przez dzikich najezdników. Najeźdźcy dzień po dniu szturmowali wały bronione mężnie przez drużynę wojewody Leszka zwanego Kulikiem.
Wojewoda przeczuwał bliski upadek grodu, bo żywności z każdym dniem było coraz mniej. Przecież, prócz załogi, wyżywić musiał mnóstwo zbiegów, którzy schronili się za wały z uchodząc przed rzezią. Odsieczy można było oczekiwać tylko od księcia Leszka Czarnego, ale siły jego drużyny były za słabe, by sprostać pruskiej potędze. Tutaj mógł pomóc tylko fortel, który by wroga o zgubę przyprawił. A że koncept żaden nie przychodził wojewodzie do głowy, gryzł się tedy w duchu i chodził ponury po świetlicy swego dworu.
Był wśród załogi rycerz, Radosław herbu Poraj, bardziej znany z ciętego  języka i dowcipu niż czynów orężnych, choć odwagi mu nie brakowało. Woj ów zgłosił się do Leszka i wyjawił mu swój plan, którym chciał warownię ocalić. Rozjaśniło się posępne dotąd oblicze  wojewody. "Czyń więc, co zamierzyłeś  i niech cię Bóg wspomaga" - pożegnał Radosława.
Późną nocą rycerz wykradł się za wały i ukrył  w gęstych krzakach, skąd obserwował obóz Jaćwingów, oświetlony licznymi ogniskami. Rychło wypatrzył wielki namiot, w którym mieszkał znaczniejszy widocznie wojownik. Doczekawszy chwili, gdy właściciel namiotu oddalił się od ognisk, podszedł chyłkiem do niego. Jaćwing, widząc polskiego woja, chciał wołać  straż i za miecz chwycił, ale Radosław uspokoił go ukazując puste ręce na znak pokoju.
Używając całej swej bystrej wymowy opowiedział, że w grodzie panuje głód, a on chce ocalić życie, bo ma żonę i dwoje małych dzieci. Ofiarowuje więc swoje służby mężnym Jaćwingom, W zamian za życie dla siebie i rodziny oraz nagrodę w srebrze podejmuje się czasie szturmu otworzyć tylną bramę grodu i wpuścić napastników. Nieufny zrazu Jaćwing obiecał w końcu przedstawić plan starszyźnie.
Na spotkanie umówili się nazajutrz o świcie. Tymczasem Radosław pogalopował konno do Roberta z Kolna, dowódcy drużyny przysłanej przez księcia. Razem wybrali miejsce zasadzki, gdzie polscy drużynnicy mieli uderzyć na wroga.
Różowa jutrzenka rozświetliła wschodnią połać nieba, kiedy Radosław ponownie zjawił się ponownie w obozie Jaćwingów, gdzie czekali już na niego czterej wodzowie pruskich plemion. Gładkimi słówkami zjednał sobie prostodusznych barbarzyńców. Od tej pory postępowali zgodnie z jego radą, nie wiedząc, że sami sobie zgubę gotują. "Opatrzność  zaciemniła umysły pogan i wydała ich w ręce wiernych"- napisał po latach kronikarz.
Radosław  jadąc na czele Jaćwingów zagłębił się w chłodny cień lasu. Kiedy znaleźli się na wąskiej ścieżce, biegnącej pomiędzy stokiem wzgórza i bagnami, spiął konia ostrogami i skoczył pomiędzy sosny. Wtedy zza drzew wyleciała chmura świszczących strzał wystrzelonych przez ukrytych w gęstwinie łuczników Roberta z Kolna. Grad pocisków spadł na pruskich wojów szerząc śmierć i zamieszanie w ich szeregach. Na zdziesiątkowanych wrogów wypadła ciężkozbrojna konnica książęca, siekąc mieczami, bodąc włóczniami, tratując i spychając w topiel przerażonych nagłym atakiem wojowników. Kto nie zginął od miecza, utonął w bagnie. Zwycięscy rycerze polscy ruszyli szybko do obozu wrogów i uderzyli od tyłu na resztę ich wojsk szturmujących we tym czasie wały grodu. Załoga Liwa, widząc odsiecz, wypadła za bramę i pod wodzą wojewody Leszka zadała Prusom srogą klęskę
Polegli wszyscy ich wodzowie, a reszta wojska zginęła lub poszła w niewolę. Odtąd przez całe lata Mazowsze zażywało pokoju, bowiem wszystkich najeźdźców odstraszało wspomnienie klęski, jaką tego pamiętnego dnia ponieśli pod wałami Liwa pruscy łupieżcy.

Co do Radosława to lepiej niż my opowie o jego losach stara ballada:

"Po tak wielkiej wiktorii i zacnej robocie                                      
Jemu ono zwycięstwo przyznali tak zacne,
Wszyscy prosili dla niego o nagrody znaczne.
Książę nadał miast, wsi wiele i trzy róże krwawe,
Aby były pamiętne jego służby prawe."

Odtąd rycerz, a później jego potomkowie nosili herb, błękitną tarczę, a na niej
w ukośnym pasie srebrnym  trzy czerwone róże. Zaś zawołanie tego starożytnego klejnotu - Doliwa - upamiętnia dzieje spisane w naszej opowieści.

Działo się to w dawnych czasach,  gdy ziemie Podlasia porastały wielkie  bory - siedlisko żubra, tura i niedźwiedzia. Na sąsiednimi Mazowszu  kwitło osadnictwo, gospodarny lud uprawiał pola wydarte puszczy, a książęta wznosili grody obronne, które strzec miały poddanych przed najazdami Rusinów, Jaćwingów i Litwinów. Jednym z nich był gród kasztelański Liw. Jego wysokie, usypane z ziemi wały i drewniane częstokoły górowały nad zieloną doliną Liwca, broniąc dostępu do ziem księstwa mazowieckiego.
Warownia odparła w swojej historii niejedną napaść, jednak w 1254 roku przyszedł najazd Jadźwingów, jakiego najstarsi ludzie nie pamiętali. Wojska jaćwieskie pojawiły się w wielkiej liczbie, prowadząc ze sobą pobratymczych Prusów zwabionych nadzieją bogatego łupu. Z krainy wielkich jezior przyszli puszczańscy Bartowie oraz bitni Galindowie z turzymi rogami na hełmach. Aż z wybrzeża Bałtyku nadciągnęli waleczni Sambijczycy. Mrowie szałasów pokryło łąki wokół grodu. Horyzont zasnuły dymy z okolicznych wiosek palonych przez dzikich najezdników. Najeźdźcy dzień po dniu szturmowali wały bronione mężnie przez drużynę wojewody Leszka zwanego Kulikiem.
Wojewoda przeczuwał bliski upadek grodu, bo żywności z każdym dniem było coraz mniej. Przecież, prócz załogi, wyżywić musiał mnóstwo zbiegów, którzy schronili się za wały z uchodząc przed rzezią. Odsieczy można było oczekiwać tylko od księcia Leszka Czarnego, ale siły jego drużyny były za słabe, by sprostać pruskiej potędze. Tutaj mógł pomóc tylko fortel, który by wroga o zgubę przyprawił. A że koncept żaden nie przychodził wojewodzie do głowy, gryzł się tedy w duchu i chodził ponury po świetlicy swego dworu.
Był wśród załogi rycerz, Radosław herbu Poraj, bardziej znany z ciętego  języka i dowcipu niż czynów orężnych, choć odwagi mu nie brakowało. Woj ów zgłosił się do Leszka i wyjawił mu swój plan, którym chciał warownię ocalić. Rozjaśniło się posępne dotąd oblicze  wojewody. "Czyń więc, co zamierzyłeś  i niech cię Bóg wspomaga" - pożegnał Radosława.
Późną nocą rycerz wykradł się za wały i ukrył  w gęstych krzakach, skąd obserwował obóz Jaćwingów, oświetlony licznymi ogniskami. Rychło wypatrzył wielki namiot, w którym mieszkał znaczniejszy widocznie wojownik. Doczekawszy chwili, gdy właściciel namiotu oddalił się od ognisk, podszedł chyłkiem do niego. Jaćwing, widząc polskiego woja, chciał wołać  straż i za miecz chwycił, ale Radosław uspokoił go ukazując puste ręce na znak pokoju.
Używając całej swej bystrej wymowy opowiedział, że w grodzie panuje głód, a on chce ocalić życie, bo ma żonę i dwoje małych dzieci. Ofiarowuje więc swoje służby mężnym Jaćwingom, W zamian za życie dla siebie i rodziny oraz nagrodę w srebrze podejmuje się czasie szturmu otworzyć tylną bramę grodu i wpuścić napastników. Nieufny zrazu Jaćwing obiecał w końcu przedstawić plan starszyźnie.
Na spotkanie umówili się nazajutrz o świcie. Tymczasem Radosław pogalopował konno do Roberta z Kolna, dowódcy drużyny przysłanej przez księcia. Razem wybrali miejsce zasadzki, gdzie polscy drużynnicy mieli uderzyć na wroga.
Różowa jutrzenka rozświetliła wschodnią połać nieba, kiedy Radosław ponownie zjawił się ponownie w obozie Jaćwingów, gdzie czekali już na niego czterej wodzowie pruskich plemion. Gładkimi słówkami zjednał sobie prostodusznych barbarzyńców. Od tej pory postępowali zgodnie z jego radą, nie wiedząc, że sami sobie zgubę gotują. "Opatrzność  zaciemniła umysły pogan i wydała ich w ręce wiernych"- napisał po latach kronikarz.
Radosław  jadąc na czele Jaćwingów zagłębił się w chłodny cień lasu. Kiedy znaleźli się na wąskiej ścieżce, biegnącej pomiędzy stokiem wzgórza i bagnami, spiął konia ostrogami i skoczył pomiędzy sosny. Wtedy zza drzew wyleciała chmura świszczących strzał wystrzelonych przez ukrytych w gęstwinie łuczników Roberta z Kolna. Grad pocisków spadł na pruskich wojów szerząc śmierć i zamieszanie w ich szeregach. Na zdziesiątkowanych wrogów wypadła ciężkozbrojna konnica książęca, siekąc mieczami, bodąc włóczniami, tratując i spychając w topiel przerażonych nagłym atakiem wojowników. Kto nie zginął od miecza, utonął w bagnie. Zwycięscy rycerze polscy ruszyli szybko do obozu wrogów i uderzyli od tyłu na resztę ich wojsk szturmujących we tym czasie wały grodu. Załoga Liwa, widząc odsiecz, wypadła za bramę i pod wodzą wojewody Leszka zadała Prusom srogą klęskę
Polegli wszyscy ich wodzowie, a reszta wojska zginęła lub poszła w niewolę. Odtąd przez całe lata Mazowsze zażywało pokoju, bowiem wszystkich najeźdźców odstraszało wspomnienie klęski, jaką tego pamiętnego dnia ponieśli pod wałami Liwa pruscy łupieżcy.

Co do Radosława to lepiej niż my opowie o jego losach stara ballada:

"Po tak wielkiej wiktorii i zacnej robocie                                      
Jemu ono zwycięstwo przyznali tak zacne,
Wszyscy prosili dla niego o nagrody znaczne.
Książę nadał miast, wsi wiele i trzy róże krwawe,
Aby były pamiętne jego służby prawe."

Odtąd rycerz, a później jego potomkowie nosili herb, błękitną tarczę, a na niej
w ukośnym pasie srebrnym  trzy czerwone róże. Zaś zawołanie tego starożytnego klejnotu - Doliwa - upamiętnia dzieje spisane w naszej opowieści.


2006 - 2018 © Muzeum Zbrojownia na Zamku w Liwie  Wszelkie prawa zastrzeżone  Nota prawna  Polityka prywatności